Nie musiałam się długo zastanawiać, o czym będzie pierwszy post. Na początku rozprawię się z jedną z najbardziej irytujących w ostatnim czasie manier.
Słucham dużo audycji w radiu, więc "tak?" na końcu zdania muszę znosić bardzo często. Muszę przyznać, że nie raz miałam ochotę wyłączyć radio z tego powodu. Raz przyszło mi nawet do głowy, żeby wysłać mejla do radia i poprosić, żeby, w trosce o wrażliwe uszy niektórych słuchaczy, upominano zapraszanych gości, gdy ci przesadzą.;)
Zastanawiające, skąd się to "tak" wzięło. Czemu służy. Dlaczego irytuje.
Spotkałam się z hipotezą, że przywędrowało z Gdańska. Niektórzy twierdzą, że jest to polski odpowiednik question tags. Bardziej jednak przemawia do mnie stwierdzenie, że jest to zapożyczenie z języka marketingowców, w którym jest to zabieg, mający na celu wywołanie pozytywnego nastawienia klienta do towaru/usługi. Przecież takie swoje question tagi mamy w języku od dawna. Jest, trochę staroświeckie, "nieprawdaż?" I zwykłe "prawda?". Albo potoczne, takie bardziej z podwórka, "no nie?", "co nie?" (czasem samo "nie?").
Sama nie wiem, co mnie w taku irytuje. Poza tym, co denerwuje w każdej manierze, czyli częstość, z jaką jest powtarzana. Dla mnie to "tak?", w odróżnieniu od "nie?", które całkiem lubię i stosuję, stawia mówiącego w pozycji eksperta, który przedstawia jedyną prawdziwą wersję wydarzeń, wygłasza jedyną słuszną opinię i nie szuka ich weryfikacji po stronie rozmówcy, lecz oczekuje przyjęcia swojego stanowiska - takiego domyślnego "Ależ oczywiście, masz rację.". Przy nim otwarte na krytykę "nie" wydaje się nieśmiałe i bardzo niepewne siebie.
Myślę, że niezależnie, jak kompetentni czujemy się w tym, o czym mówimy, dobrze jest zostawić rozmówcy trochę przestrzeni na "nie". A jeśli już naprawdę to, co mówimy, potwierdzają wszyscy amerykańscy naukowcy i nie ma żadnych wątpliwości, że mamy rację, to przynajmniej oszczędźmy innym bólu uszu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz