Zaraz zaraz... To nieprawda, że "...tak?" jest najbardziej irytującą mnie manierą.
Jakiś czas temu zauważyłam tendencję do... No właśnie - próbowałam wytłumaczyć paru osobom, o co mi chodzi, ale albo nie potrafię tego dobrze wytłumaczyć albo innym to nie przeszkadza albo nie jest to nowe zjawisko albo - co też wzięłam pod uwagę - to jest poprawny sposób mówienia. Ostatnią opcję jednak odrzuciłam.
Chodzi mi o skłonność, głównie w mediach,do akcentowania pierwszej sylaby wyrazu stojącego w opozycji do wyrazu, który go poprzedza w pierwszej części zdania, lub we wcześniejszym zdaniu - niekoniecznie wypowiedzianym, lecz jedynie wynikającym z kontekstu.
Mam mnóstwo przykładów. Moje ucho jest już tak wyczulone na te wstrętne akcenty, że mało który uchodzi mojej uwadze. Czasem je zapamiętuje, czasami zapisuję. Większość zapominam, więc listę będę na bieżąco uzupełniać.
Ach, i dodam, że mi też zdarzyło się (ze 3 - 4 razy) powiedzieć coś w ten sposób. Byłam przerażona. Strasznie się pilnuję.
Więc oto przykłady (akcentowana sylaba wyróżniona pogrubieniem):
Jesteśmy zarówno krajem odbiorcą, jak i krajem tranzytowym.
O propozycji nowego makowca na święta (z kajmakiem):
To jest taki kajmakowiec. (W tym przypadku można wybaczyć, ale i tak mnie razi.).
Policja podejrzewa, że było to samobójstwo. (Zabójstwo, jako druga z możliwych opcji, w tym zdaniu tylko w domyśle).
I znów: Nie wyklucza się, że było to samobójstwo.
Przewidziano spotkania z różnymi pisarzami i poetami.
środa, 24 grudnia 2014
sobota, 6 grudnia 2014
W warzywniaku.
Błąd tak powszechny, że już chyba niewidzialny.
O ile jest do przyjęcia na targu czy w kuchni, to w zestawieniu produktów spożywczych szkolnej stołówki trochę razi.
Chyba nigdy nie słyszałam błędnej formy pora w przypadku innym niż mianownik. Kroi się - por, nie lubi - pora. Cóż, użytkownikom języka często brakuje konsekwencji. Tak ogólnie, w życiu, to chyba każdemu.
Ujęła mnie ta spolszczona wersja angielskiego "superhitu". Nie pamiętam kontekstu, ale widać, że tematyka historyczna, więc autor mógł być z anglicyzmami trochę na bakier.
Co mnie zdziwiło, słownik PWN podaje dwie wersje jako poprawne (z jednym i z dwoma "l"). Wybrana umyślnie, czy nie, ta forma ładnie skomponowała się z polskością w treści zdania. Jednak ja, przyzwyczajona do "bestsellera", od razu zobaczyłam białe okrągłe warzywo.:]
Pyszne mleko z polskiej krowy.
...Powiedziałabym raczej, że z oślicy. Mleko faktycznie wyszło/wypłynęło ze środka zwierzęcia. Ale w ten sposób mówi się raczej o mięsie, czyli w znaczeniu "zrobiony z". Nikt przecież nie powie "jajko z kury". Choć, kierując się tą logiką, mógłby.
Druga sprawa: dlaczego tak zdrobniale - "mleczko"? pewnie przez skojarzenie z mleczkiem do ciała, które to mleko zawiera (ach, jak ja nie lubię tych nieścisłości - w tym zdaniu nie wiadomo, co zawiera co).
Ot, niewinne stoisko z francuskimi kosmetykami, a jakie pole do grafomańskiego popisu! :)
Mleczko na pewno pachniało pięknie.
PS: Jeszcze jedno mnie kłuje w oczy: ten wykrzyknik po "France". To taka maniera rodem z podstawówki, gdy (gdzie?) tytuł każdej większej pracy zwieńczało się kolorowym wykrzyknikiem. (Nie, ja nie - szybko się tego oduczyłam:D).
czwartek, 4 grudnia 2014
Gdzieś tam. Czyli gdzie?
Od jakiegoś czasu denerwuje mnie takie kompletnie nieadekwatne "gdzieś tam" w środku zdania. Nie bardzo wiem, jak wytłumaczyć to zjawisko. Może chodzi o informacje, których ktoś nie chce lub nie potrafi sprecyzować?
Byłam dzisiaj na konferencji. Jeden z prelegentów naprawdę z tym "gdzieś tam" przeginał. Zamiast robić notatki z tego, o czym mówił, zapisywałam zdania, w których używał tego wtrętu. Oto przykłady:
"Zająłem dalsze miejsce, bo gdzieś tam, szóste."
"Zawody w Czechach, gdzieś tam, pomoc Rafała..."
"(...) bariery, które trzeba, gdzieś tam, eliminować."
"Wydaje mi się, że sport kształtuje, gdzieś tam, naszą psychikę."
"Byłbym sportowcem, gdzieś tam, przeciętnym."
Uff. Głowa boli. Słuchać się nie da.
Byłam dzisiaj na konferencji. Jeden z prelegentów naprawdę z tym "gdzieś tam" przeginał. Zamiast robić notatki z tego, o czym mówił, zapisywałam zdania, w których używał tego wtrętu. Oto przykłady:
"Zająłem dalsze miejsce, bo gdzieś tam, szóste."
"Zawody w Czechach, gdzieś tam, pomoc Rafała..."
"(...) bariery, które trzeba, gdzieś tam, eliminować."
"Wydaje mi się, że sport kształtuje, gdzieś tam, naszą psychikę."
"Byłbym sportowcem, gdzieś tam, przeciętnym."
Uff. Głowa boli. Słuchać się nie da.
poniedziałek, 14 lipca 2014
Czas zrobić z tym porządek.
Dzisiaj kolejny ze ścisłej czołówki irytujących błędów:liczebniki porządkowe.
Konkretnie chodzi mi tu o daty. Te nagminnie popełniane dwutysięczne pierwsze, dwutysięczne czternaste... Przyznaję, też kiedyś nie wiedziałam, jak poprawnie mówić. Swoją drogą... czy cokolwiek o języku wiemy "od zawsze"? Pamiętam, jak w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki, jako klasowa ekspertka od języka, proszona o pomoc w rozwianiu ortograficznych wątpliwości, kazałam koleżankom i kolegom pisać "siebię" i "ciebię". Przez analogię do "się" i "cię", te formy wydawały mi się poprawne. Podobnie, jak niepoprawnej pisowni zaimków, oduczyłam się błędnej formy dat.
By zapamiętać zasadę, wystarczy - jak to zwykle bywa - ją zrozumieć. Podoba mi się zasłyszane gdzieś wyjaśnienie. Weźmy jako przykład "dwutysięczny pierwszy". Mamy worek pełen "pierwszych". Wysypujemy je wszystkie i układamy w szeregu. Numerujemy. Wreszcie, gdy już długopis nam się zacznie wypisywać, dojdziemy do dwutysięcznego. Za nim będzie "dwa tysiące pierwszy pierwszy". Wcześniej: "tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty pierwszy". Uff.
Gdy numerujemy lata, odmianie podlega to, co na końcu.
A teraz szybki test:
W którym roku była bitwa pod Grunwaldem?
Brawo! Tak, 1410. Założę się, że nikt nie powiedział "W tysięcznym czterysta dziesiątym." Ani "W tysiąc czterechsetnym dziesiątym.". A przecież zasada ta sama. Błędna forma utrwala się, przez osłuchanie się z nią. A błądzą wszyscy, wszędzie: mądre głowy w mediach, koledzy w pracy, znajomi... Ale jest na to rada. Pamiętać o zasadzie i się pilnować!:)
A. Jeszcze jedno. Rok 2000 to oczywiście rok dwutysięczny. Mamy też lata dwutysięczne. W tych dwóch przypadkach mieliśmy rację.
Konkretnie chodzi mi tu o daty. Te nagminnie popełniane dwutysięczne pierwsze, dwutysięczne czternaste... Przyznaję, też kiedyś nie wiedziałam, jak poprawnie mówić. Swoją drogą... czy cokolwiek o języku wiemy "od zawsze"? Pamiętam, jak w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki, jako klasowa ekspertka od języka, proszona o pomoc w rozwianiu ortograficznych wątpliwości, kazałam koleżankom i kolegom pisać "siebię" i "ciebię". Przez analogię do "się" i "cię", te formy wydawały mi się poprawne. Podobnie, jak niepoprawnej pisowni zaimków, oduczyłam się błędnej formy dat.
By zapamiętać zasadę, wystarczy - jak to zwykle bywa - ją zrozumieć. Podoba mi się zasłyszane gdzieś wyjaśnienie. Weźmy jako przykład "dwutysięczny pierwszy". Mamy worek pełen "pierwszych". Wysypujemy je wszystkie i układamy w szeregu. Numerujemy. Wreszcie, gdy już długopis nam się zacznie wypisywać, dojdziemy do dwutysięcznego. Za nim będzie "dwa tysiące pierwszy pierwszy". Wcześniej: "tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty pierwszy". Uff.
Gdy numerujemy lata, odmianie podlega to, co na końcu.
A teraz szybki test:
W którym roku była bitwa pod Grunwaldem?
Brawo! Tak, 1410. Założę się, że nikt nie powiedział "W tysięcznym czterysta dziesiątym." Ani "W tysiąc czterechsetnym dziesiątym.". A przecież zasada ta sama. Błędna forma utrwala się, przez osłuchanie się z nią. A błądzą wszyscy, wszędzie: mądre głowy w mediach, koledzy w pracy, znajomi... Ale jest na to rada. Pamiętać o zasadzie i się pilnować!:)
A. Jeszcze jedno. Rok 2000 to oczywiście rok dwutysięczny. Mamy też lata dwutysięczne. W tych dwóch przypadkach mieliśmy rację.
czwartek, 10 lipca 2014
"Tak?" mówię nie !
Nie musiałam się długo zastanawiać, o czym będzie pierwszy post. Na początku rozprawię się z jedną z najbardziej irytujących w ostatnim czasie manier.
Słucham dużo audycji w radiu, więc "tak?" na końcu zdania muszę znosić bardzo często. Muszę przyznać, że nie raz miałam ochotę wyłączyć radio z tego powodu. Raz przyszło mi nawet do głowy, żeby wysłać mejla do radia i poprosić, żeby, w trosce o wrażliwe uszy niektórych słuchaczy, upominano zapraszanych gości, gdy ci przesadzą.;)
Zastanawiające, skąd się to "tak" wzięło. Czemu służy. Dlaczego irytuje.
Spotkałam się z hipotezą, że przywędrowało z Gdańska. Niektórzy twierdzą, że jest to polski odpowiednik question tags. Bardziej jednak przemawia do mnie stwierdzenie, że jest to zapożyczenie z języka marketingowców, w którym jest to zabieg, mający na celu wywołanie pozytywnego nastawienia klienta do towaru/usługi. Przecież takie swoje question tagi mamy w języku od dawna. Jest, trochę staroświeckie, "nieprawdaż?" I zwykłe "prawda?". Albo potoczne, takie bardziej z podwórka, "no nie?", "co nie?" (czasem samo "nie?").
Sama nie wiem, co mnie w taku irytuje. Poza tym, co denerwuje w każdej manierze, czyli częstość, z jaką jest powtarzana. Dla mnie to "tak?", w odróżnieniu od "nie?", które całkiem lubię i stosuję, stawia mówiącego w pozycji eksperta, który przedstawia jedyną prawdziwą wersję wydarzeń, wygłasza jedyną słuszną opinię i nie szuka ich weryfikacji po stronie rozmówcy, lecz oczekuje przyjęcia swojego stanowiska - takiego domyślnego "Ależ oczywiście, masz rację.". Przy nim otwarte na krytykę "nie" wydaje się nieśmiałe i bardzo niepewne siebie.
Myślę, że niezależnie, jak kompetentni czujemy się w tym, o czym mówimy, dobrze jest zostawić rozmówcy trochę przestrzeni na "nie". A jeśli już naprawdę to, co mówimy, potwierdzają wszyscy amerykańscy naukowcy i nie ma żadnych wątpliwości, że mamy rację, to przynajmniej oszczędźmy innym bólu uszu.
Słucham dużo audycji w radiu, więc "tak?" na końcu zdania muszę znosić bardzo często. Muszę przyznać, że nie raz miałam ochotę wyłączyć radio z tego powodu. Raz przyszło mi nawet do głowy, żeby wysłać mejla do radia i poprosić, żeby, w trosce o wrażliwe uszy niektórych słuchaczy, upominano zapraszanych gości, gdy ci przesadzą.;)
Zastanawiające, skąd się to "tak" wzięło. Czemu służy. Dlaczego irytuje.
Spotkałam się z hipotezą, że przywędrowało z Gdańska. Niektórzy twierdzą, że jest to polski odpowiednik question tags. Bardziej jednak przemawia do mnie stwierdzenie, że jest to zapożyczenie z języka marketingowców, w którym jest to zabieg, mający na celu wywołanie pozytywnego nastawienia klienta do towaru/usługi. Przecież takie swoje question tagi mamy w języku od dawna. Jest, trochę staroświeckie, "nieprawdaż?" I zwykłe "prawda?". Albo potoczne, takie bardziej z podwórka, "no nie?", "co nie?" (czasem samo "nie?").
Sama nie wiem, co mnie w taku irytuje. Poza tym, co denerwuje w każdej manierze, czyli częstość, z jaką jest powtarzana. Dla mnie to "tak?", w odróżnieniu od "nie?", które całkiem lubię i stosuję, stawia mówiącego w pozycji eksperta, który przedstawia jedyną prawdziwą wersję wydarzeń, wygłasza jedyną słuszną opinię i nie szuka ich weryfikacji po stronie rozmówcy, lecz oczekuje przyjęcia swojego stanowiska - takiego domyślnego "Ależ oczywiście, masz rację.". Przy nim otwarte na krytykę "nie" wydaje się nieśmiałe i bardzo niepewne siebie.
Myślę, że niezależnie, jak kompetentni czujemy się w tym, o czym mówimy, dobrze jest zostawić rozmówcy trochę przestrzeni na "nie". A jeśli już naprawdę to, co mówimy, potwierdzają wszyscy amerykańscy naukowcy i nie ma żadnych wątpliwości, że mamy rację, to przynajmniej oszczędźmy innym bólu uszu.
poniedziałek, 7 lipca 2014
Na początku było słowo.
Jest 7-my lipiec dwutysięcznego czternastego roku.
Jako że mierżą mnie trzy powyższe błędy, a także dziesiątki innych, którymi jestem zewsząd bombardowana - w mowie i w piśmie - przyszło mi do głowy, żeby założyć bloga. Dać upust swoim irytacjom w cichy i bezpieczny sposób.
"Nie, żebym się czepiała, ale..." - tak często rozpoczynam zdanie, gdy chcę zwrócić mojemu rozmówcy uwagę, że popełnił błąd językowy, lub skomentować głośno taki błąd.
Nie jest to kurtuazja z mojej strony. Ja n a p r a w d ę nie chcę w takiej sytuacji nikogo urazić, nie chcę się też wymądrzać dla czystej przyjemności.Po prostu nie potrafię błędów językowych ignorować, co nierzadko jest moim przekleństwem.
Jednocześnie sama czasem pozwalam sobie na błędy. Często pewnie popełniam je też przez nieuwagę lub z niewiedzy. Gdy to zauważę, zawstydzam się sama przed sobą, zwykle próbuję od razu poprawić błąd. Nic to. Pozwalam na to również innym. Problem w tym, czy błąd wynika z niedbalstwa, czy też jest, dajmy na to, zabiegiem stylistycznym, formą indywidualizacji języka. A czasem chodzi po prostu o uniknięcie pretensjonalności. Nie zawsze na przykład dobrze zabrzmi ultrastaranne zaakcentowanie słowa "polityka", czy "zrobiliśmy". I to jest dla mnie ok.
I właśnie! Chcę jeszcze zastrzec, że moje komentarze to subiektywne oceny (jakkolwiek zwykle poparte przyjętymi oficjalnie zasadami). Zdaję sobie sprawę, że jestem tu na cenzurowanym. Nie jestem językoznawczynią, nie jestem językową purystką. Ale jestem otwarta na konstruktywną krytykę. Choć nie z każdą się zgodzę.
Uff. Tyle na początek.
Jako że mierżą mnie trzy powyższe błędy, a także dziesiątki innych, którymi jestem zewsząd bombardowana - w mowie i w piśmie - przyszło mi do głowy, żeby założyć bloga. Dać upust swoim irytacjom w cichy i bezpieczny sposób.
"Nie, żebym się czepiała, ale..." - tak często rozpoczynam zdanie, gdy chcę zwrócić mojemu rozmówcy uwagę, że popełnił błąd językowy, lub skomentować głośno taki błąd.
Nie jest to kurtuazja z mojej strony. Ja n a p r a w d ę nie chcę w takiej sytuacji nikogo urazić, nie chcę się też wymądrzać dla czystej przyjemności.Po prostu nie potrafię błędów językowych ignorować, co nierzadko jest moim przekleństwem.
Jednocześnie sama czasem pozwalam sobie na błędy. Często pewnie popełniam je też przez nieuwagę lub z niewiedzy. Gdy to zauważę, zawstydzam się sama przed sobą, zwykle próbuję od razu poprawić błąd. Nic to. Pozwalam na to również innym. Problem w tym, czy błąd wynika z niedbalstwa, czy też jest, dajmy na to, zabiegiem stylistycznym, formą indywidualizacji języka. A czasem chodzi po prostu o uniknięcie pretensjonalności. Nie zawsze na przykład dobrze zabrzmi ultrastaranne zaakcentowanie słowa "polityka", czy "zrobiliśmy". I to jest dla mnie ok.
I właśnie! Chcę jeszcze zastrzec, że moje komentarze to subiektywne oceny (jakkolwiek zwykle poparte przyjętymi oficjalnie zasadami). Zdaję sobie sprawę, że jestem tu na cenzurowanym. Nie jestem językoznawczynią, nie jestem językową purystką. Ale jestem otwarta na konstruktywną krytykę. Choć nie z każdą się zgodzę.
Uff. Tyle na początek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


